Droga do szczęścia (Richard Yates)

Tematem spotkania ŚKK, które odbyło się 6 marca 2018 r. w restauracji Cafe de France, była powieść Richarda Yatesa „Droga do szczęścia”. Powieść wydana w 1961r. od razu zyskała pochlebne recenzje i przyniosła uznanie autorowi. Autor, który swoją karierę pisarską rozpoczął wydając właśnie tę powieść, podobno uważał, że jego nieszczęściem jest to, że najlepsza powieść powstała jako pierwsza*. Uczestniczki spotkania natomiast, sądząc po gładko przebiegającej dyskusji i wymianie wrażeń po lekturze, miały szczęście poznać pisarza akurat przy okazji właśnie tej pozycji światowej literatury.

Zdaniem Richarda Forda, autora wstępu (w wydaniu polskim), powieść opisująca życie na przedmieściach Nowego Jorku stanowi krytykę ówczesnego społeczeństwa. W roku 1961 Droga do szczęścia musiała wydawać się szczególnie zjadliwym oskarżeniem powojennej idei przedmieść oraz tych pełnych nadziei duszyczek, które opuściły miasto w poszukiwaniu jakiejś możliwej do przyjęcia równowagi pomiędzy surowym życiem na wsi a możliwościami i gwarem miasta*. Autor powieści precyzyjnie podaje czas i miejsce akcji, dokładnie opisuje bohaterów, ich wygląd, przemyślenia, postawy (Był rok 1955, zachodnie Connecticut **). Sam Yates podobno w udzielonym wywiadzie miał wskazać, że chodziło mu o tytuł sugerujący, że nasz najwspanialszy i najbardziej odważny duch rewolucyjny (…) w latach pięćdziesiątych dotarł do czegoś w rodzaju ślepego zaułka*. W rzeczywistości w przedstawionej powieści nikt nie wie kim jest, dokąd zmierza. Ludzie kierują się utartymi schematami, konwencjami, są niezdolni do nawiązywania głębszych relacji, nieszczerzy, żyjący w zakłamaniu.

Rzeczywiście małżeństwo Franka i April Whellerów nie należy do najszczęśliwszych. Niby mają wszystko o czym może marzyć przeciętny Amerykanin. On – pracę, co prawda nudną, ale dobrze płatną, żonę powszechnie uważaną za piękną, uznanie wśród kolegów, udany niezobowiązujący romans (tak idealnie zrealizował standardowe marzenie żonatego mężczyzny**)… Ona – przyzwoity dom z ogródkiem na przedmieściach, z dala od zgiełku miasta, dwoje dzieci, męża utrzymującego rodzinę… Oboje – serdecznych zaprzyjaźnionych sąsiadów. A jednak dotarli w życiu do momentu, w którym zrobiło im się za ciasno, za duszno, jakby byli w „pułapce”. Małżeństwo ich przechodzi kryzys, podczas którego czytelnik jest świadkiem wzajemnych precyzyjnie wymierzanych ciosów sięgających do początków ich historii. Frank Wheeler przeprowadza gorzkie podsumowanie swojego życia. Przyjęcie beznadziejnie nudnej pracy, aby dowieść, że tak samo jak każda inna głowa rodziny potrafi być odpowiedzialny, przeprowadzka do przepłaconego, snobistycznego mieszkania, by dowieść własnej dojrzałej wiary w fundamentalne prawdy porządku i zdrowia, sprowadzenie na świat drugiego dziecka, by dowieść, że pierwsze nie było pomyłką, kupno domu na wsi, ponieważ taki był następny logiczny krok (…)**. Przełom w ich historii następuje, gdy April Wheeler, podzielająca poglądy męża, że cała idea przedmieść polega na trzymaniu rzeczywistości na dystans**, namawia Franka na podjęcie próby wyrwania się z monotonii życia i przeciwstawienia się dostrzeżonej wszechobecnej w tym kraju beznadziejnej pustce, gdyż jak powiedział John Givings (syn zaprzyjaźnionej z nimi Helen Givings – handlarki nieruchomościami): Bo może trzeba odwagi, żeby dostrzec tę pustkę, chociaż trzeba jej o wiele więcej, by zobaczyć beznadzieję. Myślę, że kiedy już zobaczysz beznadzieję, wtedy nie pozostaje ci nic innego, jak zabierać się stąd. O ile to możliwe**. Decyzje, do których się skłaniają są (jak nazwa miejsca, w którym żyją – Revolutionary Road), rewolucyjne, gdyż jak zauważył nieprzystający do reszty społeczności John Givings: Chcesz bawić się w dom, musisz mieć pracę. Chcesz bawić się w bardzo miły, bardzo przytulny dom, musisz mieć pracę, której nie znosisz. Wspaniale. Tak sprawę rozwiązuje dziewięćdziesiąt osiem przecinek dziewięć procent ludzi, więc wierz mi, stary, nie masz za co przepraszać. Jak ktoś przychodzi i pyta: „Po co to robisz?”, możesz być pewien, że jest na czterogodzinnej przepustce z państwowego wariatkowa**.

Głównych bohaterów powieści poznajemy podczas premiery przestawienia teatralnego amatorskiej grupy Laurel Players. Problem w tym, że od samego początku towarzyszył im strach, że zrobią z siebie idiotów, powiększony jeszcze obawą przed przyznaniem się do tego**. Zarówno starannie wybrani do przedstawienia aktorzy, sam reżyser i cała obsługa, jak i przybyli na występ widzowie, mieli poczucie uczestniczenia w doniosłym wydarzeniu. Ta próba wyrwania się z rutyny i nadania życiu wartości okazała się jednak porażką. Przedstawienie okazało się klapą. Nikt nie chciał wracać na drugi, końcowy akt, ale wszyscy to zrobili. […] Zapaliły się światła i nikt na widowni nie wiedział w którą stronę spojrzeć ani co powiedzieć. […] Niespokojni, z szeroko otwartymi oczami, w parach, wyglądali i poruszali się tak, jakby spokojna i uporządkowana ucieczka z tego miejsca była jedną z najważniejszych rzeczy w ich życiu; jakby w gruncie rzeczy nie byli w stanie podjąć życiowych funkcji, dopóki nie znajdą się na zewnątrz (…)**.

Opadnięcie kurtyny nie oznacza jednak w tej powieści końca przedstawienia, zejście ze sceny nie oznacza zakończenia gry. Przedstawienie trwa. Czytelnik pozostaje na widowni, by w trzech częściach powieści (jak w trzech aktach), w klarownie wydzielonych rozdziałach, oglądać sceny z życia bohaterów (jak w scenach aktów), by na końcu zobaczyć ich wszystkich w przeglądzie krótkich sytuacji (jakby w końcowym ukłonie na scenie). Gra towarzyszy bohaterom cały czas we wszystkich zdarzeniach życiowych. Niczym prawdziwi aktorzy ćwiczą mimikę, ułożenie ciała, sposób poruszania się, trwają w schematach zachowań, planują przebieg spotkań i zwykłych dialogów (jednak nie wygłosiła ani jednego zdania choćby mgliście zbliżonej do tej wyimaginowanej rozmowy; więcej, nic nie wskazywało no to, by takie myśli w ogóle przeszły jej przez głowę**), przeżywają rozczarowania, gdy życie pisze inne scenariusze i gorszą się, gdy ktoś próbuje wytrącić ich z rutyny czy przeciwstawić się konwenansom (Płakała, bo tak wielkie, wielkie, wielkie nadzieje wiązała z dzisiejszą wizytą u Wheelerów, a teraz była tak strasznie, strasznie, strasznie rozczarowana**).

Autor jest bezlitosny w obnażaniu postaw i nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia ze swoistym życiowym przedstawieniem:

Tylko w jeden sposób mógł powstrzymać ją od mówienia i usunąć z oczu: całując w usta. […] Wiedział, że cokolwiek ma mu do powiedzenia, powie z tą dziwną teatralną emfazą, a on nie czuł się na siłach radzić sobie z nią teraz**.

Czasami po szczególnie świadomym przedstawieniu tego rodzaju, jak wtedy, gdy rozbolały go wszystkie zęby trzonowe, bo zbyt długo zaciskał szczeki, chcąc w świetle świec wyglądać na zdeterminowanego, czuł niesmak do siebie, że musi uciekać się do takich metod – a także, co zrozumiałe, do niej, że tak łatwo daje się oszukiwać. Cóż to za dziecinne gierki? Jednakże szybko tłumił wyrzuty sumienia: w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, a poza tym czy April nie prowadzi tej samej gry?**

(…) zapadła cisza, dopił drinka z przedsmakiem klęski. Czuł, że zagrał ostatnią kartą i niemal na pewno przegrał**.

Na szczęście uprzejmy uśmiech psychiatry wciąż malował się na jego twarzy, co uratowało go przed potraktowaniem poważnie jej słów**.

Coś – niewykluczone, że nieśmiałość w jej uśmiechu – powiedziało mu, że lepiej nie próbować tego rodzaju gestów, tylko przyłączyć się do niej w tej grze, tym dziwnym, skomplikowanym udawaniu, że wczoraj nic się nie zdarzyło**.

(…) nie dotykając jej, wolno jak aktor w filmie, pochylił się ku jej ustom**.

Stary, podstępny nawyk o mało nie kazał jej dodać „Kocham Cię”, ale w porę się powstrzymała (…)**.

[Wspomnienia] wypełniły ją poczuciem winy tak czystym i głębokim, że niemal przyjemnym**.

Choć powieść kończy się, autor na scenę wprowadza nowych aktorów. Ci, zajmując role tych, którzy już ze sceny zeszli, świetnie dopasowują się do przedstawienia. Poznając historię głównych bohaterów czują niedosyt: – Boże! – westchnęła Nancy Brace. – Ale jak to się skończyło? – (…). Lubiła, kiedy opowieści toczyły się gładko i kończyły puentą, i najwyraźniej odnosiła wrażenie, że w tej pozostało zbyt wiele niewyjaśnionych wątków**.

Moim zdaniem nieprzypadkowo akcja powieści rozpoczyna się przedstawieniem teatralnym i nieprzypadkowo sztuką tam odgrywaną jest „Skamieniały las” Roberta Sherwooda***. Nieprzypadkowe też zdają się nazwiska bohaterów, jak i nazwa głównego miejsca (a równocześnie oryginalny tytuł powieści: Revolutionary Road).

April Wheeler, podobnie jak odgrywana przez nią Gabriel w „Skamieniałym lesie”, marzy o wyjeździe do Europy, do Paryża, o wyrwaniu się z miejsca, w którym tkwi, a jej marzeniom, podobnie jak Gabriel w sztuce, towarzyszy dramat i idea poświęcenia. April w ostatnich zagranych przez siebie scenach powieści prowadzi ze sobą swoisty demaskujący, oskarżycielski dialog: Przekonałaś się, że idziesz przez życie w taki sam sposób, w jaki Laurel Players grali w Skamieniałym lesie albo Steve Kovick na perkusji: gorliwie, byle jak, z pretensjami i zupełnie źle; odkryłaś, że mówisz „tak”, kiedy myślisz „nie”, oraz „W tej sprawie musimy działać razem”, choć uważasz wręcz przeciwnie; wdychałaś opary benzyny, jakby to był aromat kwiatów […] – a wreszcie w całkowitej ciemności stanęłaś twarzą w twarz ze świadomością, że nie wiesz, kim jesteś**.

Trudno znaleźć w powieści osoby wzbudzające autentyczną sympatię, z którymi chciałoby się utożsamiać, ale nie to jest celem i wartością powieści.

Mój osobisty zachwyt powieść wzbudziła swoim niebanalnym stylem, pięknym, dopracowanym językiem i klarownym kształtem – kompozycją, stosowanymi klamrami tematycznymi, precyzyjnie rozmieszczonymi akcentami. Słusznie autor w środowisku literackim ceniony jest za bogactwo a jednocześnie prostotę języka, wytrawny styl, wnikliwe uwagi, doskonałe oddanie emocji i wewnętrznych przemyśleń. W swoim dziele sprawnie operuje sarkazmem, ironią, mroczną satyrą. W powieści, oprócz tu przedstawionych, poruszane są jeszcze i inne ciekawe wątki, jak chociażby wkraczanie w erę komputerów, nowe formy komunikacji w biznesie, praca w korporacji, sprzedaż idei.

Powieść pod względem warsztatu literackiego zachwyca, a pod względem tematyki – demaskuje, obnaża, prowokuje do przemyśleń i własnych ocen, wywołując niejednokrotnie niesmak. (…) nikt nie może odebrać powieści przenikliwości oraz doskonałego słuchu w przedstawieniu zmian we współczesnej moralności, a także w skrupulatnym oszacowaniu przerażających skutków wielkich transformacji społecznych, dotykających zwykłych ludzi*. Historia niebanalna, dobrze napisana, dająca do myślenia. Całość, jak dla mnie, po prostu świetna.

Autor tekstu i zdjęcia: Edyta Wojnar

Kurtyna.
Oklaski 🙂

* Cytaty ze wstępu do powieści autorstwa Richarda Forda.
** Cytaty z powieści „Droga do szczęścia” Richarda Yatesa.
*** Autor nie poświęca zbyt wiele uwagi samej treści sztuki, jednak wydaje się, że ówczesnemu odbiorcy amerykańskiemu (lata pięćdziesiąte – sześćdziesiąte) sztuka ta była nawet jako hasło mogła być dobrze znana. Sztuka została zekranizowana w 1936 roku pod tym samym tytułem.

Miejsce spotkania: Cafe de France

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.